Nie pamiętam ile razy przez ostatnie dwa sezony pisałem, że jeśli chodzi o emocje, to druga liga jest zdecydowanie ciekawsza. O ile często tak bywało, to sobotnie3 mecze ćwierćfinałów, były całkowitym przeciwieństwem tej tezy.
Już starcie Groszków z Wściekłymi pokazało, że mamy do czynienia z konkretnym basketem. Wprawdzie lepiej prezentowali się Bytomianie, to sam mecz był ciekawy i zdecydowanie mógł się podobać. Ponadto u Wściekłych potwierdziła się dewiza: co trzy wieże, to nie dwie. Obecność Sebastiana Kałuży była tym brakującym puzzlem do domknięcia tej rywalizacji. Szacunek też dla Groszków, bo bez nich nie byłoby tej kapitalnej, rozciągniętej na trzy mecze batalii.
Jeszcze większą dawką emocji, nie tylko sportowych, uraczyli nas gracze Hicy i CoWeed'u. Walka od pierwszego podrzutu była na całego, a powietrze dało się ciąć żyletkami. Dla Rudzian ta rywalizacja była o tyle trudna, że mieli w zespole klasyczny szpital. Zdołali jednak zebrać się w siódemkę i zostawić na parkiecie absolutnie wszystko co mieli. Ogromna ambicja, wola walki i kapitalny mecz Norbiego jednak nie wystarczyły. Głębia składu CoWeed dająca możliwość rotacji spowodowały, że to Rybniczanie w samej końcówce byli odrobinę lepsi. O ile przez cały mecz szarpali młodzi, to finalnie i tak zadecydowało doświadczenie A. Białdygi. Tym samym, debiutanci sprawiają mimo wszystko sporego kalibru niespodziankę, meldując się w czwórce.
W strefie play aut ponownie dobry mecz zagrała Dynastia, choć powinienem doprecyzować dobre trzy kwarty. Dokładnie na tyle mieli sił. Jako że mecz koszykówki trwa kwart cztery, to ostatnia była już klasyczną egzekucją. Presja gry na całym w końcu zrobiła swoje. Nie mniej, w tych trzech meczach Play Out, Dynastia pokazała więcej dobrego basketu, niż w we wszystkich pozostałych z sezonu zasadniczego. Dobre Chłopaki zaś, dostały zdecydowanie trudniejszą przeprawę niż pewnie zakładali.
Emocji, których mieliśmy aż nadto podczas meczy I ligowych, zabrakło podczas decydujących spotkań na zapleczu. Bociany ponownie stawiły się w mocnym zestawieniu i tym razem swoją robotę zrobiły jak należy. Postawiona strefa była jak mur Chiński, od którego Piaśniki się zwyczajnie odbiły. Przyzwoity atak Dąbrowian, przy całkowitej bezradności PMB spowodowało, że było to widowisko raczej dla koneserów.
Nie inaczej w starciu Olimpii z Bricksami. U Pomarańczowych zabrakło Ł. Przybyłka, nie było też Adama, więc ciężko było też o poziom. Ten pokazały za to NYB, a w szczególności Miły. W odpowiedzi, niskich lotów flopy zaprezentował Adrian Mieszczanin, za co nie dograł meczu do końca. Finalnie, Olimpia kończyła mecz w czwórkę i było to smutnym pożegnaniem z obecnymi rozgrywkami. Bociany zaś potwierdzają, że ilekroć będzie Maciek, Mazi i Miłosz, to w tej drugiej lidze raczej nie przegrają.
