Znając półfinałowe rozstrzygnięcia, można by napisać „Wszystko zgodnie z planem” Nie oznacza to jednak, że emocji na tym etapie rozgrywek zabrakło.
Najwięcej mieliśmy ich w rywalizacji Gwiezdnej z Wściekłymi Psami. Obecni Mistrzowie do pierwszego z meczy podeszli wg zasady: Zwykła solidność wystarczy i mocno się na tym przejechali. Bytomianie grając na galowo zaprezentowali wyborną formę, w szczególności Gemboy, rozbijając Rudzian ponad 20 punktami. To jednak podziało na aktualnych Mistrzów jak kubeł zimny wody i na rewanż ściągnęli wszystko co mieli najlepsze. Pomimo bogactwa po stronie GF, Bytomianie nie zamierzali składać broni i dwukrotnie zagrali kapitalne zawody. Swoje jak zawsze pokazał tercet wysokich (Gembus-Szpyrka-Kałuża), ale największym zaskoczeniem dla mnie, była forma Michała Brody. To była jego najlepsza wersja siebie jaką miałem okazję widzieć na parkietach ever. Flotę długimi fragmentami blokował ewidentnie nadmiar „bogactwa”. Znane wszystkim powiedzenie „gdzie kucharek sześć tam nie ma co jeść” pasowało tu jak ulał. Kiedy nic nie szło jak należy, ich wybawienie nadjechało z ...Wrocławia. Kuba Modrzyński zdecydował się zainwestować w bilet na pociąg i wpaść na weekend i co by nie mówić, była to inwestycja na miarę awansu. Kiedy nic innego nie szło, wziął tę potyczkę na swoje barki i niemal w pojedynkę wciągnął swój zespół do wielkiego finału.
Finalnie, Mistrzowie wyszarpali awans, ale to Wściekłe pokazały, że są kapitalną i zarazem kompletną ekipą. Jeśli w końcu ich szeregi zasilą Karol Jagoda oraz Paweł Zmarlak (po zakończeniu swoich karier zawodowych), to będzie brutalna dominacja przez lata.
Dużo emocji mieliśmy też w rywalizacji Dobermanów z CoWeed. Rybniczanie byli jedynymi którzy pokonali tegorocznych dominatorów w sezonie zasadniczym. I to dwukrotnie. Jasne, złośliwi powiedzą, że Tyszanie nie mieli składu, ale to nie istotne, wygrana to wygrana.
Nauczeni bolesnymi oświadczeniami z sezonu zasadniczego Dobermany, na PO zebrali solidną pakę, przez co oglądaliśmy kapitalne mecze. Niespotykana jak na basket amatorski intensywność, agresywna obrona, można rzec Basket totalny. CoWeed zostawił na parkiecie absolutnie wszystko co miał i pomimo porażek, zasłużył na ogromne brawa, bo chyba nikt przed sezonem nie zakładał, że znajdą się tam gdzie są, łącznie z nimi samymi. Dobermany zaś bazując na większym doświadczeniu, ale też większej liczbie „topowych” graczy, wyszarpali ten finał, ale kosztowało ich to znacznie więcej niż pewnie sami zakładali.
Na zapleczu tym razem emocji jakby mniej. Zarówno OKKS jak i Bociany perfekcyjnie wywiązali się z roli faworytów. Ekipa z Orzecha w swoim stylu, na najważniejsze mecze stawiła się w najmocniejszym składzie, co w zupełności wystarczyło na Bricksów. Zabrzanie w II lidze, to taka definicja solidności. Nigdy nie schodzą poniżej pewnego poziomu, ale z drugiej strony da się zauważyć u nich pewien sufit. W tych rozgrywkach żeby go przebić, wystarczyło trio G. Zadęcki-M. Parkietny- P. Sosinka. Dysponowali oni umiejętnościami oraz doświadczeniem, które było dla NYB zabójcze, a tym samym nie do przeskoczenia.
W rywalizacji Bocianów z Ino Defence, także raczej bez większych emocji. Wąska ławka Miłośników Obrony połączona z ogromnym wysiłkiem, jaki musieli ponieść by przejść Knury sprawiły, że na Bocianów paliwa zabrakło. Ponadto w tej ekipie bardzo dużo zależy od postawy Kapitana Ameryki, który grał najlepsze mecze, kiedy u rywali nie było rywala z jego półki fizyczności oraz umiejętności. Na jego nieszczęście Bociany mają Maćka Bieleckiego, który gabarytami go jeszcze przewyższa, a do tego w koszykówkę grać potrafi. W zderzeniu z takim „turem”, okazało się, że Kapitan Ameryka nie jest nieśmiertelny. Kiedy do tego po stronie Bocianów dodamy Maziego, mózg tego zespołu, to szala wygranej natychmiast przechyliła się w kierunku ekipy z Dąbrowy Górniczej. W finale już będzie znacznie trudniej, bo tutaj zwykłą strefa nie zadziała, gdyż to woda na młyn dla takich strzelców jak Grzegorz Zadęcki i Mikołaj Parkietny.
